Samo spotkanie stało na niezłym poziomie. Do 30 minuty nasz zespół grał bardzo zachowawczo, jakby przede wszystkim nie chciał stracić gola. Jedynym zagrożeniem ze strony Broni były stałe fragmenty gry. Za to Wojciech Wociał, napastnik Radomiaka dwukrotnie stanął oko w oko z Pawłem Młodziński i przed przerwą naszemu golkiperowi drużyna może zawdzięczać, że nie straciła gola.
W drugiej połowie gra naszego zespołu wyglądała już znacznie lepiej. Zespół zaczął śmielej atakować. Bliscy szczęścia byli Wojciech Kupiec, Adrian Dziubiński i Adrian Ziętek, ale pomiędzy słupkami gospodarzy dobrze radził sobie Piotr Banasiak.
GDZIE TEN PATENT TARNOWSKIEGO?
Gole nie padły, ale mecz toczył się dobrym tempie i wynik remisowy trzeba uznać za sprawiedliwy. Lidera nie udało się zabrać tak jak zapowiadaliśmy, ale też nie potwierdziło się to, że Paweł Tarnowski ma już patent na Pawła Młodzińskiego. Mówienie i pisanie o tym, że „Broń przez przypadek stworzyła sobie dwie sytuacje”, jest po prostu śmieszne. szak futbol jest grą błędów. Kto ich popełnia więcej ten musi się liczyć z tym, że rywal będzie na tym korzystał. Przy obu akcjach tych błędów w poczynaniach Radomiaka było sporo, liderowi to nie przystoi.
Niektórym ciężko jest przełknąć gorzką prawdę, że Broń mając dwukrotnie (a może nawet trzykrotnie) mniejszy budżet, grając na wyjeździe u lidera, nie jest słabsza od lokalnego rywala. Lider zostaje na Struga, ale to lider od pięciu tygodni nie potrafi wygrać i zdobywa w tym czasie jedynie dwa gole. To „Zieloni” mając kryzys formy muszą zacząć wygrywać, bo goni nie tyle Broń, co…Kutno.
DUCHY MIASTA
Jak po każdych derbach zaczyna się liczenie i „kropkowanie” widzów. Faktem jest, że na stadionie nie było kompletu publiczności. Co dziwi w przypadku walki lidera z wiceliderem i dość długiego okresu przedsprzedaży biletów. Na sektorach neutralnych było sporo wolnych miejsc. Ot choćby TUTAJ Również w sektorze kibiców Broni nie było kompletu.
Ilu było naprawdę widzów i ilu dokładnie było Broniarzy, bardziej ciekawscy mogą zapytać organizatora imprezy, który ma wpływy z biletów, dane wszystkich osób, które weszły na obiekt i jako jedyny powinien posiadać dokładną statystykę. Wszelkie pisanie (ilu, gdzie, kto) mija się z celem.
W przypadku Radomiaka należałoby się teraz zastanowić jak zatrzymać tę rzeszę oddanych kibiców, aby wrócili na mecz z Narwią Ostrołęka za dwa tygodnie. Bo jakoś te siedem tysięcy derbowych widzów nie wróciło od zeszłego roku.
DO NIENAWIŚCI…
Po tych derbach martwi też jedno – ile nienawiści może być w ludziach. Przykre, że wszyscy mieszkają w jednym mieście. No chyba, że ktoś przyjechał z Iłży, Mirowa, czy Jastrzębia to już się nie czepiamy.
I cieszy z pewnością to, że poziomu miernoty nie trzymali piłkarze obu zespołów, którzy normalnie pogratulowali sobie i podziękowali za grę. Trenerzy Artur Kupiec i Dariusz Dźwigała grali kiedyś razem przez kilka miesięcy w jednym zespole. Spotkali się pod szatnią podali sobie ręce i z uśmiechem na twarzy zamienili kilka zdań.
Wielu z tych, którzy w niedzielę obrzucali się stekiem wyzwisk, rzucali w siebie racami – usiądzie w szkolnej ławce albo rozpocznie razem pracę jednej firmie. Wstyd.


