Jerzy Graliński: – Serce dalej bije dla Broni

Normal 0 21 false false false MicrosoftInternetExplorer4

Z CYKLU 90-LECIE BRONI RADOM. WYWIAD Z LEGENDARNYM PREZESEM JERZYM GRALIŃSKIM
Jerzy Graliński, wieloletni sportowiec, kierownik, działacz, a potem prezes. Między innymi to za jego “panowania” Broń była 14-sekcyjnym klubem. Dziś ma 73 lata. Nadal interesuje się tym co dzieje się w klubie. Zgodził się na krótki wywiad w ramach jubileusza 90-lecia Broni Radom.

/* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400;}

 

Pochodzi pan z Łodzi. Jak to się stało, że trafił pan do Radomia?

Przyjechałem w 1966 roku jako zawodnik I-ligowego zespołu tenisa stołowego AZS Łódź. Tutaj najpierw jako zawodnik, potem jako kierownik sekcji, zaś potem jako wiceprezes i prezes działałem do 1996. Teraz może już mniej aktywnie, ale w pewnym sensie jestem związany z Bronią już 50 lat. Wspólnie z prezesem Wojciechem Misiowcem staraliśmy się powiększać bazę sportową. Powstała nowoczesna na tamte czasy hala sportowa, zmodernizowaliśmy tor kolarski, stadion.

 

Największy sukces sportowy Broni osiągnięty w tym czasie?

Wiele było wspaniałych chwil i sukcesów sportowych. Mnie osobiście jest koszula bliska ciału i sukcesy w tenisie stołowym. Pan Mirosław Kłys podjął się sponsorowania zespołu. Euromirex Broń trzykrotnie zdobywał drużynowe mistrzostwo Polski. U nas grali Skierski, Kucharski, Kusiński, Molęda, mieliśmy fantastyczny zespół, graliśmy w europejskich pucharach.

 

Pod koniec lat osiemdziesiątych Broń była Robotniczo-Gwardyjskim Klubem Sportowym, stworzonym pod naciskami politycznymi. Dziś nie jest to chlubna strona historii klubu. Proszę opowiedzieć jak do tego doszło?

To były cztery lata w historii klubu, potem powstała Solidarność, zmienił się system i Broń z powrotem stała się RKS. Analizowałem sukcesy naszych sportowców, którzy osiągali potem sukcesy w barwach Legii, czy Wisły Kraków. Najlepszych sportowców nam zabierano pod przykrywką służby wojskowej. Chcieliśmy wówczas porozumieć się z WKS Czarnymi Radom, żeby zawodnicy naszych sekcji pozostawali w Radomiu. Wojsko jednak zasłaniając się przepisami nie chciało się zgodzić. W międzyczasie zgłosił się do nas pan Dragan. Był on szefem koła sportowego przy ówczesnej komendzie. W naszej hali prowadzili zajęcia karate i zapasów. Chcieli zrobić wielki turniej o zasięgu ogólnopolskim. W milicji wówczas się mocno cieszyli, że sekcja karate przy Broni się rozrasta, doszło do spotkania z władzami zakładów metalowych. Podpisaliśmy wówczas porozumienie, dzięki któremu sportowcy zrzeszeni byli w Radomiu, w jednostce, zostawali w Broni nie wyjeżdżali. Mało kto o tym pamięta, ale kolarze torowi trzykrotnie zdobywali drużynowe mistrzostwo Polski. W innych sekcjach też było dużo sukcesów. Wystarczy tylko wspomnieć awans bokserów  do I ligi.

 

Miał pan swoich ulubionych piłkarzy w Broni?

Było ich bardzo wielu, z których do dziś klub może być dumny. Szczególnie utkwił mi w pamięci młody, utalentowany chłopak, który niestety zmarł całkiem niedawno. Mam na myśli Jakuba Bilke. Rozegrał trzynaście spotkań w młodzieżowych reprezentacjach kraju. Oczywiście wcześniej był Kazio Przybyś, który pojechał na mistrzostwa świata, ale siedział na ławce. Wielu było utalentowanych zawodników, a dodam tylko, że ja przeżyłem w Broni 44 trenerów. Kiedyś zmieniało się ich bardzo często. Wystarczyło tylko jakieś niepowodzenie i już bywało się na „dywaniku”. Takie były czasy.

 

A który trener szczególnie utkwił panu w pamięci?

Chyba Janek Gałek. Nie tylko pod względem sportowym, ale organizacyjnym imponował mi ten człowiek. Poświęcał się tej pracy bezgranicznie. Powiem przykładowo, że potrafił wstać wcześnie rano, przyjść na boisko i zobaczyć, czy trawa dobrze rośnie.

 

Przy panu zawsze było grono oddanych działaczy, dzięki którym Broń mogła kultywować tradycje.

Tak to prawda. Ludzie od zawsze tworzyli ten klub i nawet w trudnych czasach nie pozwolili mu upaść. Już kiedy mnie nie było, prezesem Broni był Bohdan Karaś. Potrafili zarejestrować w sądzie każdą sekcję osobno i uratować klub od bankructwa.

 

Podobno umiał pan załatwić mieszkanie, talon na samochód…

Czasy były trudne, a jeśli komuś można było pomóc, to czemu nie. Bywało to, że sportowcy dostawali z zakładów maszyny do pisania, czy do szycia.

 

Śledzi pan to, co dzieje się dziś w Broni?

– Tak i ubolewam, że w ostatnim czasie Broń była wysoko w tabeli, ale zaprzepaściła szanse na awans do drugiej ligi.

 

Nie tęskni pan czasem do pracy w klubie?

W 1996 roku atmosfera wokół klubu i wokół sportu była fatalna. Broń była na skraju upadku, tak jak Zakłady Metalowe. Miasto przejęło klubowe obiekty. Zostaliśmy bez zakładów, bez sponsorów i bez obiektów. Funkcję prezesa pełniłem społecznie, w międzyczasie dostałem inną propozycję pracy. Dla sportu nie było klimatu. Od 17 lat jestem dyrektorem hotelu Gromada. Sercem cały czas jestem z Bronią. Dziś zarządzanie sportem i bycie działaczem to już zupełnie inna kwestia.