Przez pierwszą godzinę meczu widzowie meczu z ŁKS Łódź mieli powody do chwalenia drużyny Broni. Nasi zawodnicy grali ambitnie, walczyli o każdą piłkę, grali czujnie w obronie nie pozwalając na zagrożenie bramki Młodzińskiego, który pewnie wyłpaywał nieliczne próby strzałów. Dobrze wyglądała gra w ataku: były strzały z daleka, próby zagrożenia bramki gości – do przerwy Broń zorganizowała kilka ładnych akcji, szczzególnej urody była dwójkowa akcja Adriania Dziubińskiego i Jana Kowalskiego – zawodników, którzy po raz pierwszy zaprezentowali się przed radomską publicznością. W końcu w 45 minucie po kontrze Dominikk Leśniewski zdobył gola. Również zaraz po przerwie gra duyny wyglądała dobrze- w 50 minucie dośrodkowanie Kowalskiego jeden z obrońców gości odbił tak, że piłka uderzyła w słupek jego własnej bramki. Do 60 minuty wszystko wyglądało naprawdę dobrze, ale co stało się potem – tego nikt nie umie wytłumaczyć, łącznie chyba z samymi piłkarzami Broni. Mecz zaczął przypominać pojedynek bokserów, gdzie po kilku wyrówananych rundnach jeden z nich na chwilę zapomniał o gardzie i dostał nkautujące ciosy. Między 64 a 71 minutą straciliśmy trzy gole po błędach obrony, nie upilnowaniu poszczególnych zawodników. Próby zmniejszenia straty zakończyły się kolejną kontrą ŁKS-u i czwartą bramką. Dzisiaj ŁKS wygrał…ławką rezerwowych. Trzy z czterech goli zdobyli zawodnicy , którzy weszli do gry w drugiej połowie.Sytacja naszej drużyny staje się naprawdę dramatyczna i trudno powiedzieć co będize dalej. Dwa mecze pod rząd z bagażem czterech bramek na pewno są mocnym obciążeniem.
Słowa uznania dla kibiców, którzy mimo niepowodzeń przez cały mecz dopingowali swoją drużynę.
Słowa uznania dla kibiców, którzy mimo niepowodzeń przez cały mecz dopingowali swoją drużynę.



