69 lat, 11 kolejnych spotkań bez zwycięstwa i wreszcie jest zasłużony triumf. W Tomaszowie Mazowieckim nigdy nie grało nam się łatwo, ale każda passa się kiedyś kończy.
Od początku sezonu wiedzieliśmy, że mamy fajny i mocny zespół. W Tomaszowie nasza drużyna wcale nie zagrała lepiej niż w potyczkach z Bełchatowem, czy Elblągiem. Od tego czasu umiejętności nie przybyło, ale zmieniło się jedno – wiara we własne możliwości i nastawienie w czasie meczu. To potem skutkuje koncentracją, walką, ambicją i zaciekłym „mordobiciem” w ostatnich sekundach. Widzieliśmy tego namiastkę już w spotkaniu z Wigrami, a powtórzyło się to również w potyczce z Lechią.
Nasza drużyna zasłużyła na wielkie brawa, bo poza 20 pierwszymi minutami, była zespołem zdecydowanie lepszym. Jedynie na początku spotkania Lechia grała odważniej, dokładniej wyprowadzała ataki i w 21 minucie objęła prowadzenie. No i tu obudził się „potwór” drzemiący w charakterach naszych zawodników. Po stracie gola szybko stworzyliśmy sobie dwie świetne okazje, a dopiero w kolejnej akcji najlepszy tego dnia na boisku Eryk Pieczarka zdobył bramkę.
Tuż po zmianie stron ponownie Pieczarka lewym skrzydłem podał idealnie po ziemi na drugi słupek do Patryka Jakubczyka i ten tylko dołożył nogę. „Jaca” kilka lat grał w Lechii i kolejny raz grając w Broni trafia do tomaszowskiej siatki. „Jakubu jak mogłeś” – dało sie usłuszeć z trybun.
Po zdobyciu gola na 1:2 były chwilowe momenty, że cofnęliśmy się do głębokiej defensywy, była też jedna groźna akcja, po której Dawid Czerny (świetny występ), sparował piłkę na słupek! Poza tą jedną szansą gospodarze zagrażali tylko przy stałych fragmentach, gdzie czasami kotłowało się i piłka odbijała się jak w bilardzie.
Do naszej drużyny przyczepić się można za 90 minutę. Lechia praktycznie całym zespołem podeszła na naszą połowę, a Broń dwukrotnie wyprowadziła kontrataki. Mając trzech graczy, a na przeciw obrońcę i bramkarza można było dokonać lepszych wyborów, bo z takich akcji trzeba strzelać gole.
Podziękowania też dla kibiców Broni, którzy pojawili się w klatce gości i głośno wspierali drużynę! Tak właśnie budują się charaktery.



